Po sąsiedzku jeden z największych odlotów wystawy - firma Pancin Art Technology z kolumnami (czy tu jeszcze w ogóle wypada używać takiej nazwy?) Pancin VZ1. Coś pomiędzy silnikami od Tupolewa a rakietami V1, a do tego dwóch ich zupełnie zakręconych (w dobrym znaczeniu) budowlańców. Pozwalam sobie na taki ton, ponieważ panowie mieli do siebie i do swojej pracy ogromny dystans, opowiadajqc historyjki w stylu „jak kradliśmy w nocy przewody trakcyjne na cewki, to w czasie ucieczki złamałem nogę i dlatego teraz jeżdżę na wózku (inwalidzkim)”, a ponadto jak się wycina podstawki z bloków aluminiowych (230 kg materiału na parę), to nie można być chuchrem. Poza tym, a może przede wszystkim, udany debiut od strony brzmieniowej. Cokolwiek leciało - brzmiało świetnie. Gdyby puścić jakiś mroczny death metal, to i sam Lucy fer wpadłby posłuchać.